Regułą jest, że w pierwszym „podejściu” egzamin na prawo jazdy zdaje nie więcej niż 35% uczestników kursów. Bo przecież im więcej osób oblewa ten egzamin, tym więcej zarabiają egzaminatorzy i Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa zdaje sobie sprawę z tego, że ta zależność zachęca egzaminatorów do oblewania zdających i dlatego chce, żeby opłaty za te egzaminy nie zasilały budżetów ośrodków, tylko budżet państwa.

A chodzi o całkiem spore pieniądze. Za egzamin teoretyczny na prawo jazdy kategorii B płaci się 30 zł, a za egzamin praktyczny 140 zł. Kontrolerzy NIK, którzy dwa lata temu zbadali siedem (z 49) WORD-ów stwierdzili, że te opłaty stanowią 90% wpływów ośrodków. W tych skontrolowanych placówkach wyniosły one 60 mln złotych. Czyli  w skali całego kraju może chodzić nawet o 420 mln złotych.

Ale chodzi nie tylko o wysokość tej kwoty. Raczej o to, jak powstała. Kontrolerzy NIK obliczyli, że 75% wpływów WORD pochodzi z egzaminów... poprawkowych. Oznacza to, że egzaminatorzy zwyczajnie starają się oblać jak najwięcej kandydatów na kierowców. I to z niezłym skutkiem, bo do egzaminów poprawkowych podchodzi z reguły 65, 5% zdających. Dla porównania, w Niemczech nie zdaje egzaminu na prawo jazdy raptem 26%, a w Wielkiej Brytanii 53% potencjalnych kierowców. A kultura jazdy, którą można zmierzyć choćby ilością wypadków drogowych, jest w tych państwach znacznie wyższa.

Resort infrastruktury chce więc, żeby pieniądze za egzaminy wpływały do budżetu państwa, a funkcjonowanie WORD finansowałby sam resort albo wojewodowie. Nie ma się co łudzić, że wraz z tą zmianą zmieni się wysokość opłat za egzaminy, ale powinny się zmniejszyć przesłanki do tego, żeby tak gremialnie oblewać kandydatów. Dodatkowo resort rozważa użycie do egzaminów infrastruktury szkół jazdy: by zmniejszyć kolejki; a także rotację egzaminatorów.